Pomimo gwiazdorskiej obsady i założeń zakorzenionych w bogatej tradycji science fiction, nowy miniserial Peacocka, The Miniature Wife, stara się znaleźć oparcie. Chociaż koncepcja „kurczenia się” od dawna stanowi podatny grunt do opowiadania historii – od literackiej satyry „Podróży Guliwera” po współczesne hity kinowe, takie jak Ant-Man – ten 10-odcinkowy projekt nie pozostawia znaczącego śladu w gatunku.
Fabuła zagubiona w wątkach pobocznych
Serial oparty na opowiadaniu Manuela Gonzaleza z 2014 roku opowiada historię Lindy Littlejohn (Elizabeth Banks ), byłej słynnej pisarki, a obecnie profesor uniwersyteckiej. Lindy czuje się przygnębiona swoim życiem i małżeństwem z Lesem (Matthew Macfadyen ), naukowcem, którego najnowszy wynalazek — związek mogący zmniejszyć obiekty do 1/12 ich rozmiaru — sprawia, że Lindy staje się dosłownie maleńka.
Centralne napięcie należało zbudować na stawkach naukowych: Les nie stworzył jeszcze stabilnego antidotum, a jego poprzednie próby odwrócenia tego procesu zakończyły się katastrofalnymi niepowodzeniami. Jednak serial zbyt często porzuca ten nowatorski chwyt science-fiction, aby oddać się kliszom „prestiżowych” seriali streamingowych. Zamiast skupiać się na kwestiach przetrwania w nowej kondycji fizycznej Lindy, narracja grzęźnie w:
- Skandale akademickie: zawiły wątek poboczny dotyczący plagiatu prac studenckich.
- Dramaty rodzinne: „Zdrada emocjonalna” Lindy ze współpracownikiem.
- Korporacyjna intryga: Les ma do czynienia z chciwym oligarchą technologicznym (Ronnie Cheng ) i grami biurowymi w swojej firmie badawczej.
- Postacie peryferyjne: wędrujące wątki poboczne z udziałem ich córki i redaktorki Lindy, które służą bardziej jako dopełnienie niż znaczące rozwinięcie fabuły.
Niestabilność tonalna i brak chemii
Jednym z głównych problemów “Petite Wife” jest kryzys tożsamości. Odcinki, które trwają około 45 minut, wahają się pomiędzy komedią a dramatem, nigdy nie przywiązując się do żadnego gatunku.
Chociaż serial czasami porusza temat mrocznego, zjadliwego humoru „wojny domowej” (przypominającego „Bitwę żon”), jego głównym założeniem jest to, że „to jest historia miłosna”. Tworzy to dysonans dla widza: trudno wczuć się w parę, która wydaje się zasadniczo nieprzyjemna i pozbawiona namacalnej chemii. Elizabeth Banks i Matthew Macfadyen, obaj wybitni aktorzy, nie sprawdzają się ani w roli partnerów, ani antagonistów, a gra Macfadyena czasami graniczy raczej z przesadą niż autentycznymi emocjami.
Science fiction, której skala nie rośnie
Jak na program skupiający się na przełomach naukowych, nauka sama w sobie jest marna. Spektakl wykorzystuje „technobełkot” – bezsensowny żargon matematyczny – aby załatać dziury logiczne, a oprawa wizualna często odbiega od standardów znacznie starszych filmów gatunkowych, takich jak „Niesamowita zmniejszająca się kobieta” z 1981 roku.
Tropy „zredukowanego człowieka” – walka z owadami lub życie w domku dla lalek – wydają się bardziej nudne niż pomysłowe. Zamiast wykorzystywać zmianę skali do zgłębiania głębszych tematów percepcji lub ludzkiej egzystencji, serial po prostu wykorzystuje ją jako tło dla żmudnych konfliktów domowych.
„Stworzyłem małego potwora” – ubolewa Les, ale ma o sobie zbyt wysokie mniemanie. Tak naprawdę wywołał jedynie lekką irytację.
Wniosek
Petite Wife to serial, któremu poświęca się zbyt wiele uwagi. Nadając priorytet zagmatwanym wątkom pobocznym i niespójnemu tonowi kosztem głównej koncepcji science-fiction, projektowi nie udało się przekształcić klasycznego pomysłu w fascynującą narrację.


























