Widziałeś je. Nagłówki gazet krzyczą na ciebie ze strefy kas w supermarkecie. Skandaliczne historie o celebrytach. Dziwne spotkania. Dwugłowe dzieci. Kosmici. Wydają się całkowicie oderwane od rzeczywistości, zwłaszcza jeśli Twoja dieta składa się z suchych, sprawdzonych raportów z takich gazet jak The New York Times czy The Washington Post. Poważni dziennikarze dokładnie sprawdzają każde nazwisko i datę. Szukają wielu źródeł. Dążą do obiektywizmu. Tabloidy nie zaprzątają sobie tym głowy.
Skąd zatem właściwie bierze się treść?
Odpowiedź nie jest prosta. Czasami jest to czysta fikcja.
W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, w epoce tabloidów „seksu i krwawych szczegółów”, historie często wymyślano od zera. Pisarze konstruowali narracje, dodając wystarczającą liczbę wiarygodnych szczegółów, aby zapadły w pamięć. Dziś praktyka ta ewoluowała, ale nie zniknęła. Jeśli czytasz historię o niesamowitym wydarzeniu w odległym zakątku globu lub jeśli cytowane osoby są identyfikowane jedynie jako „źródła” lub „osoby wtajemniczone”, bądź niezwykle sceptyczny. Najprawdopodobniej jest to wynalazek „autorski”, wymyślony na bieżąco.
Dla redaktorów jest to zwykle ostateczność. Wolą zacząć od ziarenka prawdy i rozciągać je, aż pęknie.
Ale większa historia to nie tylko kiepskie teksty. Ona jest własnością.
Konsolidacja sensacji
Krajobraz amerykańskich tabloidów zmienił się radykalnie w 1999 roku. Firma American Media, Inc. (AMI) przejęła wszystkie główne tabloidy supermarketów w kraju.
To nie była tylko jedna nowa publikacja. To było imperium.
„National Enquirer”. Gwiazda. Glob. Egzaminator Krajowy. Cotygodniowe wiadomości ze świata. Wszystko pod jednym dachem.
Ta konsolidacja dała AMI bezprecedensową kontrolę nad narracjami, które docierają do milionów czytelników. Pozwoliło to na ujednolicone podejście do sensacji. Pozostaje pytanie: jak rozwinęła się ta branża? Jaki wpływ ma ta skoncentrowana władza na media i telewizję głównego nurtu?
Zamierzamy zagłębić się w mechanikę dziennikarstwa tabloidowego. Przyjrzymy się źródłom, historii i wpływowi na szerszy krajobraz medialny. Na tych stronach prawda rzadko jest prosta, ale biznes za nimi stoi bardzo jasny.
Sztuka kłamania w tabloidach
Prawda jest dobrowolna. To tylko sugestia.
Dziennikarze tabloidów nie potrzebują faktów. Potrzebują oświadczeń. Jeśli ktoś twierdzi, że dana historia jest prawdziwa, autor ją publikuje. To jest cały zbiór przepisów. Źródła zbierane są jako tani posiłek na wynos. Aby podkreślić absurdalność, zatrudniani są na bieżąco eksperci. Celem nie jest dokładność. Celem jest objętość.
Wycena produkcji
Przyjrzyjmy się procesowi rozmowy kwalifikacyjnej. Autor nie zadaje pytań otwartych. On reżyseruje. On naciska. Tworzy narrację jeszcze zanim rozmówca otworzy usta.
Oto jak to działa w praktyce:
Dziennikarz spotyka się ze świadkiem. Temat: Wielka Stopa. Pisarz nie pyta: „Co widziałeś?” To jest poziom amatorski. Zamiast tego pisarz pyta: „Czy wściekła bestia ryknęła ze złości? Czy brzmiała jak demon z samego piekła?”
Jeśli świadek skinie głową. Jeśli powie tak. Historia została napisana.
“Wtedy wściekła bestia zaryczała ze złości. Brzmiał jak demon z samego piekła!”
Świadek nigdy nie powiedział dokładnie tych słów. Pisarz to zrobił. Ale świadek zgodził się z tym sformułowaniem. To wystarczy. Cytat jest przypięty. Będzie naciskać. Kłamstwo staje się „faktem”, ponieważ zostało przypisane źródłu, które nie poprawiło scenariusza.
Fałszywi eksperci, prawdziwy wpływ
Poważne gazety potrzebują stopni naukowych. Tabloidy nie dbają o dyplomy. Tytuły są dla nich ważne.
„Jim Smith, ekspert Wielkiej Stopy i znany przewodnik po dzikiej przyrody…”
Jim mógł uczyć się na podwórku przez trzy tygodnie. Być może nie ma pojęcia o prymatologii i folklorze. To nie ma znaczenia. Pisarz przykleja mu ten tytuł. Potem przychodzi statystyka.
Jim szacuje liczbę stworzeń w lasach Oregonu na 500 osobników. Widział kilka z nich osobiście.
To, czy Jim widział pięć wiewiórek, czy pięć małp, nie ma znaczenia. Cytat w kieszeni. Autorytet jest sfabrykowany. Ta historia została sprzedana.
Kopalnia złota w paskach z tyłu
Skąd pochodzą te historie? Nie z działów najświeższych wiadomości. Nie z konferencji prasowych.
Pochodzą one z ostatnich stron tradycyjnych gazet.
Poważna gazeta mogłaby opublikować drobny artykuł o zaginięciu turysty na północno-zachodnim wybrzeżu Pacyfiku. Trzy zdania. Żadnego dramatu. Tylko fakty.
Autor tabloidu to widzi. Widzi potencjał. Nie wchodzi do lasu. Nie bada. Zostaje w biurze.
Jest to kluczowa różnica między newsroomami tabloidowymi a mediami tradycyjnymi. Pisarze tabloidów rzadko odchodzą od biurek. Nie pracują w polu. Wykonują telefony.
Dzwonią do członków rodziny. Wzywają władze. Dzwonią do wszystkich osób zaangażowanych w sprawę.
Nasycenie elementem ludzkim
Strategia jest prosta: ekspansja. Opowiedz krótką wiadomość. Wysadź to.
Korzystając z tych rozmów telefonicznych, autor wyciąga cytaty. Nie o wydarzeniu. O ludziach.
Jak czuła się matka? Czy była przerażona? Czy krzyczała do nieba? Te szczegóły zmieniają raport o zaginionej osobie w operę mydlaną. Samo wydarzenie staje się szumem tła. Na pierwszy plan wysuwa się ludzki dramat.
To cecha charakterystyczna tego stylu. Tu nie chodzi o to, co się stało. Chodzi o to, jak się czułem. A jeśli możesz zacytować kogoś, kto twierdzi, że był przerażony, masz historię.
Nie ma znaczenia, czy horror był prawdziwy. Albo sfabrykowane. Lub
Łańcuch finansowy w branży plotek o celebrytach jest dłuższy i bardziej złożony, niż większość czytelników zdaje sobie sprawę. Wszystko zaczyna się od „ziemnej” pracy informatorów. Każda większa publikacja tabloidowa ma wbudowaną sieć pośredników. Nie są to przypadkowe anonimowe wskazówki. Są to płatne stanowiska zajmowane przez osoby z wewnętrznego kręgu celebryty.
Pomyśl o ochroniarzach w luksusowych hotelach. Kierowcy osobiści. Fryzjerzy, którzy słyszą wszystko na fotelu w salonie. Nawet policjanci na służbie. Kiedy dzieje się coś interesującego, źródła te jako pierwsze dzwonią do swoich reporterów z tabloidów.
Wypłata zależy wyłącznie od wartości informacji. Reportaż o mało znanym aktorze telewizyjnym może przynieść źródłu kilkaset dolarów. To dla nich drobnostka, ale dzięki temu informacja przepływa. Ale nagłówek o Madonnie czy Britney Spears? To zupełnie inna gra. Źródła te mogą otrzymać tysiące dolarów za jeden napiwek.
Płatność zależy wyłącznie od wartości informacji. Reportaż o mało znanym aktorze telewizyjnym może przynieść źródłu kilkaset dolarów.
Ale nie chodzi tylko o nielegalne wycieki. Ogromna część „najświeższych wiadomości” pochodzi bezpośrednio od samych gwiazd. Często organizują to ich menedżerowie ds. PR. Niektóre gwiazdy wykorzystują tabloidy jako narzędzie marketingowe. Oferują ekskluzywne historie zza kulis w zamian za bezpłatne relacje w mediach. To jest umowa.
Czasami ma to bardziej bezpośredni charakter prawny. Tabloid może zgodzić się na niepublikowanie nikczemnej, zniesławiającej historii na temat konkretnej gwiazdy, jeśli menedżer ds. PR tej gwiazdy zapewni pozytywną lub neutralną ekskluzywność. To cichy rozejm. Studia robią to samo. Ujawniają szczegóły scenariusza lub wiadomości o castingach na nadchodzące sezony telewizyjne. Potrzebują emocji. Tabloidy dostają treść. Wszyscy wygrywają, z wyjątkiem prywatności zaangażowanych osób.
Ale społeczeństwo wciąż pragnie obrazów. Surowe, niefiltrowane zdjęcia.
Cena zdjęcia
To żądanie zrodziło współczesnych paparazzi. Fotografowie są sowicie opłacani za robienie zdjęć, za które inni byliby w stanie zabić. Model biznesowy jest prosty. Popyt jest wysoki. Oferta jest agresywna.
Paparazzi robią zdjęcia nie tylko z daleka. Oni gonią. Oni czekają. Próbują przyłapać gwiazdy, gdy wyglądają źle. Tu nie chodzi o sztukę. Chodzi o uchwycenie chwili bezbronności lub lekkomyślności. Takie zachowanie często przekracza granice etyczne i często narusza prywatność.
Stawka stała się zabójcza. Agresywny pościg fotografów za księżną Dianą ma bezpośredni związek z wypadkiem samochodowym, w którym zginęło jej życie. To ponury przykład tego, jak daleko te źródła są skłonne posunąć się dla jednego strzału.
Sam termin jest mocno zakorzeniony w naszym leksykonie kulturowym. Pochodzi z filmu „Doloce Vita”. Zawierała postać o imieniu Paparaccio, fotograf reportażowy. W języku włoskim liczba mnoga to paparazzi. Film spopularyzował wizerunek irytującego fotografa. Nazwa zakorzeniła się na całym świecie. To obecnie standardowe określenie każdego, kto prześladuje celebrytę z długim obiektywem.
Tabloidy i prawo
Jak więc im się to udało? Pole prawne to pole minowe. Przepisy dotyczące prywatności różnią się znacznie w zależności od tego, gdzie się znajdujesz. W Unii Europejskiej prywatność jest prawem człowieka. W Stanach Zjednoczonych jest to mozaika przepisów stanowych i interpretacji konstytucji.
Tabloidy często działają w szarej strefie. Twierdzą, że mają prawo do interesu publicznego. Twierdzą, że gwiazdy są osobami publicznymi i dlatego mają ograniczone oczekiwania dotyczące prywatności. Ale gdzie jest granica?
Sądy borykają się z tym problemem od kilkudziesięciu lat.
Tabloidy borykają się z procesami sądowymi. Ale nie tak często, jak można by się spodziewać. Istnieje rozbieżność między postrzeganiem opinii publicznej a rzeczywistością prawną i nie bez powodu.
W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku panowały dość liberalne zasady. Wydawcy zdali sobie sprawę, że mogą wydrukować prawie wszystko. Bill Sloan, były redaktor „National Enquirer”, zauważył to w swojej książce „Patrzyłem, jak dzika świnia zjada moje dziecko”. Wyjaśnił, dlaczego gwiazdy rzadko pozywają tandetne publikacje takie jak Informer. Dlaczego? Z dwóch głównych powodów.
Po pierwsze, rozgłos wywołany procesem może być bardziej szkodliwy niż sama fałszywa historia. Po drugie, wydawcy ci często po prostu nie mieli pieniędzy. Nie można odebrać wyroku od osoby, która ma puste kieszenie.
Dynamika ta uległa zmianie w latach 80. i 90. XX wieku. Nakłady osiągnęły dziesiątki milionów, a aktywa urosły do miliardów dolarów. Zniknęła wymówka „brak środków na wypłatę odszkodowania”.
Aktorka Carol Burnett przewidziała te zmiany. W 1981 roku pozwała National Enquirer. Magazyn twierdził, że była przewlekłą alkoholiczką. Pierwotnie wygrała 1,6 miliona dolarów. W trakcie odwołań kwota ta została obniżona. Sprawa została rozstrzygnięta poza sądem.
W ślad za nim poszła Aretha Franklin. W 2001 roku pozwała magazyn Star. W publikacji stwierdzono, że miała poważny problem z alkoholem, który wpływał na jej występy. Zażądała 50 milionów dolarów. Arnold Schwarzenegger, Tom Cruise i Nicole Kidman również skutecznie pozwali tabloidy.
Nawigacja w sprawach o zniesławienie
Prawo dotyczące zniesławienia jest mylące. Jest to tak skomplikowane, że największe tabloidy zatrudniają prawników na pełny etat. Sprawdzają każdy artykuł przed publikacją. Pisarze wiedzą, gdzie jest granica. Podchodzą do niej tak blisko, jak to możliwe.
Szokujące historie publikowane w publikacjach takich jak Weekly World News rzadko stają się przedmiotem postępowań sądowych. Historie o UFO lub dziwnych kultach są trudne do udowodnienia lub obalenia.
Nie ma żadnego prawa zabraniającego wymyślania fałszywych wiadomości. Pod warunkiem, że nie zniesławiają prawdziwych ludzi. To jest kluczowa różnica.
Rodzaje zniesławienia
Oszczerstwo (zniesławienie) i obrażenie (oszczerstwo) są formami zniesławienia. Termin ten opisuje rozpowszechnianie fałszywych oświadczeń na temat innej osoby, które wyrządzają jej krzywdę.
Różnica polega na nośniku danych. Jeśli oświadczenie zostało napisane lub wydrukowane, jest to zniesławienie (zniesławienie). Jeśli zostanie to wypowiedziane na głos, jest to obraza (oszczerstwo).
Prawnicy tabloidów rozumieją to rozróżnienie. Dbają o to, aby historie pozostały w szarej strefie. Unikają bezpośrednich oskarżeń, które można udowodnić jako fałszywe. Zamiast tego podpowiadają. Zakładają. Pozwalają czytelnikowi wyciągnąć własne wnioski.
Strategia ta minimalizuje ryzyko prawne. Pozwala na wykorzystanie sensacji bez natychmiastowych działań prawnych.
Historia publikacji plotkarskich
Początki tabloidów sięgają gazet z początku XX wieku. Chcieli dotrzeć do szerszego grona odbiorców przy niższych kosztach produkcji. Mniejszy format był łatwiejszy do przenoszenia. Drukowanie było tańsze.
Skupiali się na przestępstwach, skandalach i celebrytach. Ta formuła zadziałała. Czytelnicy chcieli treści szybkich i łatwo przyswajalnych.
Z czasem branża ewoluowała. Media cyfrowe zmieniły sposób, w jaki rozpowszechniamy. Ale główny atut pozostaje ten sam. Ludzie kochają plotki. Lubią dramaty.
Tabloidy zaspokajają tę potrzebę. Idą po cienkiej linii. Testują granice. Ale rzadko poruszają się w obszarze oczywistej odpowiedzialności prawnej.
Chyba, że gwiazda zdecyduje się walczyć. I czasami to robią.
Dlaczego nazywa się to „żółtym dziennikarstwem”
Być może zastanawiasz się, dlaczego termin „żółte dziennikarstwo” się przyjął. Nie chodzi tu o kolor atramentu czy jakość papieru. Mówimy o komiksie. Mianowicie o Alejce Hogana – niezwykle popularnej rubryce w gazecie Josepha Pulitzera New York World. Główna gwiazda? „The Yellow Kid” narysowany przez Richarda F. Utkalt.
Hirst nie tylko skopiował styl; zwabił artystę. Zwolnił Utkalt z drużyny Pulitzera i dał bohaterowi własną platformę w New York Journal. Pulitzer odpowiedział, zatrudniając George’a Luxa do uratowania Alei Hogana. To była bitwa gwiazd na długo przed ukuciem tego terminu. rywalizacja zdefiniowała całą epokę. To było sensacyjne. Było konkurencyjnie. I stąd wzięła się nazwa stylu reportażu, w którym szum medialny jest ważniejszy od prawdy.
Jak tabloid przetrwał (i prosperował)
Dlaczego więc te gazety przetrwały, gdy zginęło tak wiele innych? Dostosowanie.
Wielki Kryzys zniszczył wielu pierwotnych gigantów tabloidów. Ale format nie jest martwy. Zmutował. W 1952 roku Gerosino Pape Jr. kupił „New York Enquirer” za jedyne 75 000 dolarów. Nie tylko go uratował. Przemyślał to ponownie. Przeniósł gazetę do małego formatu, jaki znamy dzisiaj i skupił się na jednej rzeczy: ludzkiej potrzebie popisywania się.
„Jeśli ludzie są zainteresowani krwią, dam im ją”.
Strategia Pape’a była brutalna, ale skuteczna. Zdjęcia krwawych miejsc zbrodni. Historie o morderstwach. Cyrkulacja wzrosła. Udowodnił, że czytelnicy chcą czegoś więcej niż tylko wiadomości. Chcą spektaklu.
Rupert Murdoch dostrzegł potencjał w tym modelu. Jego News of the World w Anglii poszedł o krok dalej. Dodał do tego zdjęcia gwiazd i skandale seksualne. Nie chodziło już tylko o przestępstwa. Chodziło o intymność. Chodziło o skandale. W ich ślady poszła gazeta Pape. Wyszła poza Nowy Jork. Została National Enquirer.
Przesunięcie w stronę supermarketów i artykułów samorozwojowych
Lata sześćdziesiąte przyniosły nowy problem. Znikały tradycyjne kioski informacyjne. Gdyby Enquirer pozostał na tych stojakach, zniknąłby wraz z nimi. Pape dostrzegł nowy kanał dystrybucji. Duże sieci supermarketów.
Ale był haczyk. Supermarkety nie sprzedawałyby obrzydliwych zdjęć. Nie pasowały do ich marki. To było zbyt ostre. Dlatego Pape uporządkował swój wygląd. Przesunął akcent merytoryczny. Skupił się na gwiazdach. Zagłębił się w temat zjawisk paranormalnych. Dodał artykuły na temat samorozwoju. To było bardziej miękkie podejście. Było to do przyjęcia dla przeciętnego klienta mleka.
Formuła zadziałała. Inne tabloidy skopiowały tę strategię. Format się zmienił. Treść uległa zmianie. Ale główny atut pozostaje ten sam. Ciekawość. Zaszokować. Eskapizm.
Dlaczego tabloidy wciąż rządzą
Dziś granica między „tabloidem” a „gazetą” (gazetą wielkoformatową) jest bardziej niewyraźna niż kiedykolwiek. Wiele poważnych publikacji używa małego formatu, ale odrzuca etykietę „tabloidu”. Nazywają siebie „kompaktowymi”. Dlaczego? Ponieważ „tabloid” oznacza teraz pewien poziom lekkomyślności. Pewna frywolność.
Wszystko zaczęło się od prasy groszowej z lat trzydziestych XIX wieku. Chcieli przyciągnąć klasę robotniczą. Używali prostych zdań. Żywe opisy. Pisali dla zmysłów, a nie tylko dla intelektu. To DNA wciąż płynie we krwi wszystkich dzisiejszych kolumn plotkarskich o celebrytach.
Hear i Pulitzer pokłócili się o kreskówkę. Pape walczył o miejsce na półkach. Medium się zmienia. Pragnienie dramatu – nie.
A jednak wraz z rozwojem mediów cyfrowych fizyczny tabloid staje w obliczu własnego zagrożenia wyginięciem. Ale to inna historia.
Gina Papu nie miał kopalni złota, kiedy w 1952 roku nabył „New York Enquirer”. Nakład wynosił marne 17 000 egzemplarzy [Sloan, s. 28]. Przenieśmy się szybko do późnych lat 70. i 80. XX wieku, kiedy branża kwitła. „National Enquirer” nie tylko się rozrósł; eksplodowała na rynku, osiągając nakład drukowany w wysokości ponad 5 milionów egzemplarzy [Sloan, s. 218].
To był złoty wiek tabloidów supermarketowych. Można je było kupić razem z artykułami spożywczymi w supermarkecie, z benzyną na stacji benzynowej, a może nawet z mlekiem. Ale te czasy już dawno minęły.
Całkowity nakład tabloidów spadł nawet o 60 procent w porównaniu z latami szczytowymi. Globe, niegdyś must-have, spadł poniżej 1 miliona. A co ze Światowymi Wiadomościami? Utrzymuje około 300 000 egzemplarzy tygodniowo. Dzisiaj „National Enquirer” podaje, że nakład wynosi zaledwie 2,7 miliona [ref.].
Patrząc na szersze portfolio, American Media twierdzi, że dzienniki Enquirer, Star, Globe, National Examiner i Sun osiągnęły łączny nakład wynoszący 5,4 miliona egzemplarzy [ref. To z pewnością liczba zdumiewająca. Ale jest to także stały spadek, który nie wykazuje oznak spowolnienia.
Dlaczego tabloidy straciły przewagę
Spadek mógł być efektem własnego sukcesu tabloidów. Byli tak skuteczni w skupianiu się na rozrywce, a nie na poważnych wiadomościach, że media głównego nurtu zwróciły na to uwagę. Gdy gazety i sieci telewizyjne odnotowały gwałtowny wzrost sprzedaży, zaczęły stosować podobną taktykę, aby zwiększyć swoją oglądalność i czytelnictwo.
Ironia uderzyła najbardziej podczas skandalu z Moniką Lewinsky. W miarę jak media głównego nurtu osiągnęły punkt krytyczny, czytelnictwo tabloidów faktycznie spadło. Dlaczego? Ponieważ prasa głównego nurtu dostarczała czytelnikom wszelkich skandalicznych szczegółów, jakich tylko mogli chcieć. Konkurowali z tym, co wcześniej zaniedbywali.
Dziś magazyny takie jak People i Us przyjęły tę złagodzoną formułę tabloidu i dopracowały ją. Sprawili, że było błyszczące. Sprawił, że było bezpiecznie. Coś, czego nie wstydziłbyś się zostawić otwartego na stoliku kawowym w gabinecie stomatologicznym.
Sukces tabloidów dał początek całemu gatunkowi telewizji: telewizji tabloidowej. Programy takie jak Hard Copy i Entertainment Tonight oferują te same plotki i ciekawostki o gwiazdach, ale w szybszym tempie i przy wyższej jakości produkcji. Atrakcyjne wizualnie? Tak. Niezbędny? Sporny. Udało im się jednak uchwycić publiczność, która kupowała przy kasie zmięty papier.
Szacunek bez sprzedaży
Pomimo malejących nakładów tabloidy zyskały dziwny rodzaj legitymizacji. Kiedy wybuchł skandal z Monicą Lewinsky, a proces OJ Simpsona ogarnął kraj, wiele osób zdało sobie sprawę, że tabloidy mają swoją przewagę: legion rzetelnych i oddanych reporterów.
To nie byli tylko rozsiewacze plotek. Byli to wykwalifikowani kopacze. Relacjonowanie sprawy OJ Simpsona przez tabloidy, zwłaszcza „National Enquirer”, zmusiło tych dziennikarzy do traktowania tych dziennikarzy z większym szacunkiem. The Enquirer odkrył historie o butach Simpsona i handlarzu, który sprzedał mu nóż wyglądający jak narzędzie zbrodni. O tych kluczowych aspektach sprawy poinformowali gazety głównego nurtu.
Tabloidowe relacje z tych wydarzeń, zwłaszcza relacje w National Enquirer dotyczące sprawy OJ Simpsona, doprowadziły do wyższego poziomu szacunku dla reporterów tabloidów.
Zmiana w postrzeganiu jest realna. „Sensacja” nie polega już tylko na byciu pierwszym; chodzi o to, żeby być dokładnym. Ale tu jest haczyk: ten wzrost szacunku nie przełożył się na wzrost sprzedaży. Publiczność szanująca dziennikarstwo jest mniejsza niż ta, która kupowała gazetę z nudów lub poczucia winy.
Krajobraz się zmienił. Tabloidy nie umarły dlatego, że się myliły. Ginęli, bo mieli rację zbyt wcześnie i zbyt często, dopóki reszta mediów ich nie dogoniła i nie uczyniła tego bardziej dokładnym.
Dziedzictwo sensacji
Granice są teraz zatarte. Wiadomości poważne i lekkie połączone w jeden strumień treści. Wyznaczenie wyraźnej granicy między „wiadomościami” a „plotkami” stało się trudniejsze niż wtedy, gdy Gin Papu miał trudności ze sprzedażą 17 000 egzemplarzy.
Tabloidy utorowały drogę obsesji 24-godzinnego cyklu informacyjnego na punkcie celebrytów i skandalów. Udowodnili, że ludzie chcą soczystych detali. Udowodnili, że czytelnicy są skłonni zapłacić za dostęp do prywatności.
Ale ta publiczność maleje. Internet przyciąga jeszcze większą fragmentaryczność uwagi. Gazeta fizyczna stała się mniej istotna. Jednak DNA tabloidu jest wszędzie. Ona jest na pierwszych stronach gazet. Ma przerwy w telewizji. Chodzi o sposób, w jaki dzisiaj konsumujemy informacje.
National Enquirer nadal istnieje. Globus nadal istnieje. Po prostu zrobiło się ciszej. Mniej zauważalne. Ale jaki wpływ miały one na sposób, w jaki otrzymujemy wiadomości? Pozostaje głośno.
Źródła:
– Ptak, S. Elżbieta. Dla dociekliwych: studium kulturowe tabloidów supermarketów. Wydawnictwo Uniwersytetu Tennessee, 1992.
– Calder, Iain. Nieopowiedziana historia. Książki Miramax, 2004.
-Miraldi, Robert. Pióro jest potężniejsze. Palgrave’a Macmillana, 2003.
– Sloan, Bill. *Obejrzałem
































